2/20/2018

Kiedy zima staje się radosną wiosną...Zimowe Spotkanie Blogerek

Kiedy zima staje się radosną wiosną...Zimowe Spotkanie Blogerek
17 lutego 2018  to gorące wspomnienia z Zimowego Spotkania Blogerek
w Restauracji Lwów w Chełmie. 



Spotkałyśmy się w znanym składzie, który gwarantuje wyłącznie pozytywną energię. Taką, którą pamięta się latami. 
W spotkaniu udział wzięło 12 wybitnych osobowości : ) 


oraz : 



 Esku, zrobię Ci zdjęcie - powiedziała Mazgoo - dobrze a ja Tobie, odpowiedział Es ;) 


Nasze piękne Organizatorki z sercem na dłoni...


Dwie siostry syjamskie ;) Śnieżka i Belluci


Dużo rozmawiałyśmy z Agnieszką, nie pamiętam o czym ale dużo. Możliwe, że Ją trochę umęczyłam :D



Jadło się, piło i robiło zdjęcia ...


Punktem kulminacyjnym była licytacja na rzecz bezdomnych zwierząt. Do wylicytowania był między innymi piesek i koń. Koń skończył tragicznie, bo go zwaliła Wiola...ze stołu..





------------------------Dziękujemy za okazane wsparcie ------zacna kwota ok. 1400 PLN zasili konto Stowarzyszenia Chełmska Straż Ochrony Zwierząt w Chełmie!!! _______________________!!!




Po emocjach związanych z licytacją, nastąpiła dalsza konsumpcja a koniec spotkania zwieńczyły upominki od sponsorów spotkania: Constance Carroll, Basilur, Neauty Minerals, Bandi, EkoZuzu.pl, Kosmetyki Anwen, OFiga!, Esent, Elfa Pharm, Noble Health, Aflofarm, She Foot, Nanshy...... 


które tradycyjnie pokażę Wam w następnym poście :) 


To był cudowny czas, który minął zdecydowanie za szybko. Raz jeszcze ogromne, wielkie
 i tłuste DZIĘKI dla Organizatorek :) 

2/18/2018

Bambusowe łodzie Złotego Buddy

Bambusowe łodzie Złotego Buddy
Dostałam mnóstwo pytań o wycieczkę do Tajlandii. Wiele z Was było zainteresowanych jaka to wycieczka, skąd, gdzie i dlaczego. 
Otóż była to wycieczka zorganizowana z biurem podróży Itaka. Miała charakter 2 w 1 - czyli objazd plus wypoczynek na plaży w Krabi. 
Dla Was oraz dla samej siebie, przedstawię co się działo dzień po dniu :) 

1. Dzień - Wylot do Tajlandii z między lądowaniem w Doha.  Ponad 12 godzinna podróż minęła szybko i bez żadnych stresów. Do Doha za pasażerkę miałam Wietnamkę, która ni w ząb nie umiała po angielsku i pomagałam jej zamówić jakieś jedzenie. Okazało się, że po angielsku niekoniecznie natomiast po polsku jak najbardziej i chichrałyśmy się w najlepsze, że zostawiamy zimną Warszawę i jedziemy na wakacje. Z Doha do Warszawy za to mogłam sobie trochę podszlifować angielski, bo koło mnie siedział londyńczyk (jak się potem okazało - również uczestnik wycieczki). Miałam delikatny stres bo nie miałam pojęcia kto jest z mojej wycieczki, bo dopiero w Bangkoku okazało się kto jest kim :) Podróżowałam liniami Qatar Airways i cóż mogę powiedzieć. Fajnie - obsługa na najwyższym poziomie - poduszeczka, kocyk, skarpetki, opaski na oczy, zestaw małego dentysty czyli mini szczoteczka do zębów i pasta. Non stop jedzenie. I picie. I od nowa. Nie zdążyłam się znudzić ani nawet wyciągnąć kindla.
2. Bangkok. Od wyjścia z lotniska uderza nas fala wilgotnego, duszącego powietrza. Dziwne, kilka oddechów i już czujesz to miasto. Transfer do hotelu Bangkok Palace. Poznanie ekipy. Dzielę pokój z super dziewczyną. Bratnia dusza. Tego dnia fundujemy sobie kolację w Baiyoke Sky - najwyższym budynku Tajlandii. Widok z 78 piętra jest zachwycający. Obrotowy taras z widokiem na miasto robi oszałamiające wrażenie. Nocny spacer modną ulicą Khao San, która tętni życiem, z niezliczoną ilością knajpek, salonów masaży, sklepików i dziwnych atrakcji zaliczony. Możemy iść spać. Ale kto by spał. Rozciągamy z koleżanką dobę do granic możliwości. 



3. Bangkok. Kolejny dzień w Bangkoku. Czas na zwiedzanie. Świątynia Szmaragdowego Buddy, która jest najważniejszym sanktuarium kraju oraz Pałacu Królewskiego. Świątynia Leżącego Buddy robi wrażenie (mierzący aż 46 m trochę rozczarowuje bo nie sposób objąć go wzrokiem ani zatrzymać się chwilę dłużej bo fala turystów wylewa się zewsząd. Moją uwagę zwracają stopy Leżącego Buddy z idealnie równymi palcami, na których narysowane są punkty do masażu. Masaż tajski ma duchowe korzenie i jest prawdziwą sztuką, o czym przekonam się później. 





Fantastyczny rejs po rzece Chaophraya i kanałach Bangkoku. Było szybko, radośnie. Z poziomu łódki widać było zamieszkałe domostwa, domki dla duchów, niezliczone ilości palm kokosowych a także dzikie warany. Przejazd przez dzielnicę chińską z obowiązkową i charakterystyczną bramą i zwiedzanie Świątyni Złotego Buddy.  Wieczorem czas wolny - wybrałyśmy się na nocne zwiedzanie Bangkoku. Obowiązkowy street food na nocnym targu. Dałyśmy się obuć kierowcy tuk - tuka, ale oj tam, przejażdżka była niezapomniana! 






4. Bang Pain - Ayutthaya - Kanchanburi  - Bang Pain - to letnia rezydencja królewska. Totalny orient. Ayutthaya to dawna stolica Tajlandii ze słynną głową Buddy, która wrosła w drzewo. Okazuje się, że Buddzie można robić zdjęcia tylko z poziomu niżej, nigdy wyżej, dlatego też pomniki Buddy są zawsze lub prawie zawsze z opuszczonymi oczami, żeby Budda patrzył na nas z góry. Dostałam ostrzeżenie. Do świątyń wchodzi się na boso. Wyznawcy buddyzmu, wierzą, że stopy są najbrudniejszą częścią ciała, a buty to już w ogóle. Dlatego należy je pozostawić przed świątyniami a także niektórymi sklepami czy nawet knajpkami. Podobno całkiem do niedawna cała ulica Khao San była zastawiona butami backpakersów :) Ubolewam, że czasu było mało a i pogoda nie sprzyjała, bo akurat w tym dniu padał całkiem obfity (ale ciepły) deszcz. 


 Zima...




Przejazd do prowincji Kanchanburi i słynny most na rzece Kwai - robił wrażenie, przypomina wciąż żywe doświadczenia z II wojny światowej.


Smutny znak naszych czasów - Mnich na moście na rzece Kwai ze smartfonem w ręku ;/

5. Park Narodowy Erewan - ale przedtem jeszcze rafting na tratwach bambusowych po rzece Kwai. Wizyta w "wiosce słoni". O odpowiedzialnej turystyce jeszcze będę pisać. Dodam tylko, że przejażdżka na słoniach nie jest dobrym pomysłem. Warto się zastanowić, czy chce się przykładać do męczenia tych dostojnych zwierząt za cenę przewiezienia tyłka po wyznaczonej trasie. Okupiona męczarnia tresura nie jest warta takich doświadczeń! Ja wykupiłam trochę wolnego czasu słonikowi karmiąc go bananami. Tak długo jak ludzie będą korzystać z tego rodzaju rozrywki, słonie będą zabierane od małego i tresowane żeby pokornie służyć ludziom. Głupie gadanie (m.innymi pilotki), że dla słonia przewiezienie człowieka to bułka z masłem jest beznadziejne i świadczy o małej świadomości problemu. No dobra ale wróćmy do przyjemniejszych rzeczy.

Postój przy drewnianym moście Wam Poh Viaduct, który zrobił na mnie wrażenie na równi mostem na rzece Kwai. Kadry jak z filmu. 



Park Narodowy Erewan to kompleks składający się z siedmiu kaskad wodospadów a wszystko to w otoczeniu tropikalnej roślinności i krystalicznie czystej wody z rybkami, które peelingują stopy (moich nie chciały - niedobre ;). Trasa była dość trudna, ale wylazłam na sam szczyt. Powiem tak. Pięknie ale wiem, że wiele osób (w tym ja) wydały werdykt, że równie pięknie a nawet piękniejsze są Plitvickie Jeziora w Chorwacji. 




6. Damnoen Saduak i Hua Hin - czyli najbardziej znany tajski pływający targ. Powiem tak - podróż łódką super przygoda, zakupy, targ... kolorowo, gwarno. Na zdjęciach prezentuje się znacznie lepiej niż w rzeczywistości. Smutne były pokazy lori czy boa trzymanych w niewoli ku uciesze turystów :( 
Zwiedzanie pałacu królewskiego Khao Wang w Petchaburi, który położony jest na wzgórzu (wjazd kolejką linową). Fantastyczna posiadłość, zupełnie inna od tych europejskich. Niesamowite wrażenie robiły mury wraz z orientalną roślinnością. Stado małp jak zwykle wredne i podstępne ;) 




Hua Hin - to nadmorska miejscowość. Szczerze mówiąc mnie nie zachwyciło a na dodatek wiało tak, że głowę urywało i niestety nawet się nie wykąpałam. Podobno w samym miasteczku było magicznie ale ja już ledwo żyłam (zapalenie krtani) więc poszłam wcześniej spać. 
7. Park Narodowy Sam Roi Yod - przepiękne miejsce, przepiękna plaża. Pogoda niestety pokrzyżowała nam nieco plany ale spacer po stromym wzgórzu był jednym z fajniejszych momentów wycieczki. To nic, że z zapalenie krtani ;) Kto by się tym przejmowałam. Mocny wiatr znowu przeszkodził w kąpieli w chłodnej wodzie (od Zatoki Tajskiej) i już zaczynałam powątpiewać, czy w ogóle wykąpię się w morzu ;) 


Nocleg w miejscowości Chumphon - niepozornej a tętniącej życiem. Cudowny nocny market z pysznym jedzeniem i mnóstwem lokalnych przysmaków. 



8. Park Narodowy Khao Sok - Krabi - rejs łodzią motorową po jeziorze Cheow Lam wśród malowniczych skał i wapiennych formacji. Przepiękne widoki, szybka łódka - żyć nie umierać! Nasz kapitan był wyjątkowo zdolny - nie zmokliśmy wcale nic, natomiast ekipa z drugiej łodzi hehe - było mokro. Do tego parku dowoziły nas fajne busiki a nasza wesoła ekipa pod wezwaniem Changa miała zaciesz kiedy nasz uroczy tajski kierowca puszczał polską muzę.. Bania u Cygana! hehe Było wesoło ogólnie rzecz mówiąc :).





9- 14. Pobyt w miejscowości Ao Nang w prowincji Krabi - miałam ogromne szczęście, bo miałam chyba najpiękniejszy pokój w całym Hotelu Cha - da resort - na VI piętrze z widokiem takim, że WOW! Góry i morze, czyli wszystko to co kocham. Niesamowite było obserwowanie jak każdego wieczoru schodzi mgła i zaczyna padać ciepły deszcz. Taki tropikalny.  



Już na własną rękę zorganizowaliśmy sobie wycieczkę po wyspach PHI PHI, włącznie ze słynną Maya Beach (to ta z Niebiańskiej Plaży z Leo Di Caprio). Lunch na Phi Phi Don smakował wybornie chociaż zjadłam sam makaron hehee ;) Cała wycieczka na plus. MB rozczarowała ilością turystów na metr kwadratowy ale kaman! każdy chciał zobaczyć tą plażę. Nie ma co się dziwić. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Monkey Beach - i kurde! Nie lubię małp - podstępne zwierzęta. Kto nie posłuchał się przewodnika i zabrał na wyspę siatkę mógł się boleśnie o tym przekonać. Te zwierzaki wcale nie są tak milusie na jakie wyglądają - złodzieje po prostu. Po raz pierwszy w życiu miałam na głowie maskę do snurkowania i ..cudowne uczucie! Na pewno spróbuję jeszcze tej przygody :) 



Zaliczyłyśmy też Railey Beach - niedaleczko Ao Nang (dojazd łódką za śmieszne pieniądze). Plaża jak plaża.. piaseczek, cudowna woda i kokos w ręku. Cudownie! 


15. Bangkok - jeszcze jedna noc i prawie cały dzień (!) w tym mieście grzechu na zakończenie przygody. Teleportowaliśmy się tam tajskimi liniami w przelocie wewnętrznym (coś jak azjatycki wizzair). Czas na nocy market, ostatnie zakupy. I długa droga do domu.



16. Wylot. Ponownie lot przerywany w Doha. Pomiksowały mi się czasy, już nie wiem, czy jest dzisiaj czy już jutro. Lecimy. Wszyscy w samolocie uświadamiają sobie, że to koniec urlop kiedy pod nami pokazuje się całkiem biała Warszawa.
Było cudownie! 
Tajlandia jest magiczna, zaszczepiła we mnie to "coś" Przyjaźni ludzie, fantastyczne, orientalne zabytki, pyszne jedzenie, życzliwość, naturę tak inną od tej którą znam. Wiem, że na pewno wrócę!

Wycieczkę oceniam bardzo dobrze z uwagi na jej atrakcyjny program, świetną organizację. Nie mam zastrzeżeń co do hoteli i środków komunikacji. 

Tak wiem, że na pewno można taniej, że można samemu, że wasi znajomi i wy sami już byliście, że dla niektórych wycieczka z biurem podróży się nie liczy. Wiecie gdzie to mam? Tak, dokładnie tam.
Pracuję, zarabiam i jak zdecydowałam się na taką wyprawę to nie mam zamiaru oszczędzać i potem rozprawiać na instagramie, że gdzieś ryż był tańszy a gdzieś droższy. Nie zwracam uwagi na takie rzeczy. Organizując na co dzień życie ponad 100 rodzin mam ochotę, żeby ktoś zdjął mi z pleców poczucie obowiązku i po prostu się relaksować. 
Udało mi się w to 100 % 





2/15/2018

Najbardziej radosne kosmetyki BALEA, LUSH, S&G, MIYA, Body Boom

Najbardziej radosne kosmetyki BALEA, LUSH, S&G, MIYA, Body Boom
Na przekór szarzyźnie (którą sama praktykuję, nosząc non stop szare ubrania) dziś będzie różowo, będzie wesoło, będzie słodko!
Najbardziej radosne kosmetyki, które mam obecnie w użyciu. Za każdym razem kiedy po nie sięgam - po prostu się uśmiecham. 
Powodów do tego uśmiechu nie odnajduję w jakimś wyjątkowym, super działaniu. To wiecie, taki prosty uśmiech - bo opakowanie jest wesołe, bo cudownie pachną, bo są prezentem, bo tak:) Zresztą...czy wszystko musi mieć przyczynę lub logiczny powód :D 

Tak więc, co przynosi mi prostą i nieskomplikowaną radość?

 Żel pod prysznic a także płyn do kąpieli Balea Marshmallow - prezent od Klaudii aka Czarnulki - klik -------tak bardzo "fluffy" <3 Urocze opakowanie z dziewczęcym różem i piankami !Słodki ale nie ZA słodki otulający zapach, wybornie pasuje mi do moich długich kąpieli. Na plus to że skóra po nim nie jest wysuszona. Niestety nie utrzymuje się za długo na skórze ale oj tam oj tam :) można częściej po niego sięgać.


Kula do kąpieli LUSH - THE COMFORTER -
gości u mnie ponownie - pisałam już o nim tutaj - klik  - Porzeczkowy rarytas, który daje duuuużo fantastycznej piany! Pachnie nim w całym pomieszczeniu :) Przyznam się Wam, że dość długi czas trzymałam go nawet w szafie :D

Whipped Clean Shower Butter Soap and Glory 
co powiecie na prysznic z zapachem bitej śmietany? przy akompaniamencie migdałów a wszystko to rozpieszcza ciało, fundując nie tylko odlotowy zapach ale całkiem znośną pielęgnację z masłem shea w roli głównej? Powiem tylko tyle, że spotykamy się już po raz drugi :)


Wszystkie opakowania kremów MIYA są radosne, takie energetyczne barwy naprawdę korzystnie wpływają na psychikę. Hello Yellow - jest najbardziej odpowiedni dla mnie, choć nie ukrywam, że nie ma szczególnego efeku wow. W letnie dni potrafił trochę zapychać ale jesienią i zimą jest przyjaznym kremem. Uwaga - nie pachnie mango ;) 



Boom! Body Boom - czyli peeling kawowy. Zapach obezwładniający, apetyczny do granic możliwości. Design opakowania i wszystkie napisy bardzo pro RADOSNE...używanie również, sprzątanie nieco mniej...jak to przy peelingach kawowych (które na ogół robię sobie sama).
Od wielkiego dzwonu sięgam po gotowce. Ze wszystkich wersji zapachowych wybieram wersję podstawową :) 


Znacie? Lubicie?
A Wy jakie macie najbardziej radosne kosmetyki, które sprawiają, że się uśmiechasz ot tak!?

2/13/2018

Czas na czas przez duże Z

Czas na czas przez duże Z
Tik tak, tik tak...



7 powodów dla których musisz mieć zegarek!

1. Pewność. Zegarek - wydawałoby się, że w zasadzie nie potrzebujemy go na co dzień, bo i tak czas możemy odczytać na telefonach, które jak powszechnie wiadomo wrosły nam w dłoń. Gorzej, jak akurat się rozładuje a my się spieszymy.
2. Element stylizacji.  Umówmy się, dzisiaj zegarek jest elementem ozdobnym, biżuteryjnym. Pełni istotną rolę w stylizacji nie tylko oficjalnej. Często jest wyznacznikiem statusu.
3. Zegarek jest ponadczasowy. Na pewno macie wśród rodzinnych pamiątek zegarki po swoich Najbliższych. Może tarcze, może bransolety, choć zazwyczaj zegarki przetrwają próbę czasu.
4. Mnogość wyboru - możemy wybierać i przebierać w nieskończoności - od fluorescencyjnych neonów, wielkie cebule, po delikatnie kobiece, z wzorkami, bez wzorków, awangardowe, abstrakcyjne. Na pasku, na bransolecie, na łańcuszku. Kwarcowe, mechaniczne...Ogranicza nas tylko wyobraźnia. Dla mnie zawsze najpiękniejsza jest klasyka. 
5. Dodatkowe funkcje - nie zapominajmy o tym, że zegarki wskazują nie tylko godzinę ale także współrzędne geograficzne, fazy księżyca, przypływy i odpływy, mają wbudowane chronografy, datowniki, są wodoszczelne i całe mnóstwo innych.
6. Magia - nie wiem czy dla Was ale dla mnie jest coś magicznego w zegarkach. Już sama nazwa zegarmistrz wprowadza mnie w jakiś inny wymiar, przed oczami mam pana z lupką w oku, dłubiącym coś w starym zakurzonym zegarku z przed epoki. 
7. Marka - dla każdego ważne jest co innego. Każda marka wyróżnia się czymś unikalnym. Nie jestem znawcą tematu ale zrobiłam małe rozpoznanie- zegarki tag heuer wyróżniają się luksusowym designem i zaawansowaną technologią i funkcjonalnością, jak również bogatą historią. Dość wspomnieć, że cieszą się zaufaniem wielu sław (w tym Leaonardo Di Caprio, Brad Pitt czy Uma Thurman).
Na stronie firmy Kuck - znajdziecie mnóstwo modeli zegarków oraz możecie liczyć na profesjonalne doradztwo.




Przyznam się, że nie nosiłam zegarka naprawdę długi czas. W zasadzie nie wiem czym to było podyktowane. Jego dotkliwy brak odczułam na własnej skórze, co było dla mnie także nauczką, że nie można ślepo wierzyć w nowoczesne gadżety, które zawodzą w najmniej oczekiwanym momencie. Wybór tego jednego niepowtarzalnego jest wciąż przede mną.

A Ty nosisz zegarek? Na co zwracasz uwagę? Przywiązujesz się do jednego czy masz dużo różnych?


2/11/2018

Made with love DIY masło kakaowo - kokosowe

Made with love DIY masło kakaowo - kokosowe
W ramach akcji "Wspaniały rok"  organizowanej przez Michała z bloga Twoje Źródło Urody  (rozpisanej na dwanaście miesięcy, w których motywem przewodni jest inny temat i mającej na celu wzajemne wsparcie i motywację )  luty to temat miłości! O szczegółach akcji  przeczytacie tutaj - klik

MADE WITH LOVE 

Na tą okoliczność przygotowałam DIY kakaowo - kokosowe masło do ciała, które pozwoli na wspaniałe rozpieszczenie kogoś bliskiego albo siebie samego. 

Prosty przepis:


1) Do kubeczka lub miseczki wkładamy równe porcje Masła Kakaowego i Oleju Kokosowego, np. po 50 g każdego. Naczynie umieszczamy w ciepłej kąpieli wodnej. Podgrzewamy stale mieszając, aż do całkowitego rozpuszczenia się składników.
2) Naczynie wyjmujemy z kąpieli wodnej, mieszamy przez chwilę tak aby częściowo wystygło. Dodajemy 2 g Witaminy E na każde 100 g tłuszczów. Mieszamy. Zlewamy do pojemniczka, odstawiamy do wystygnięcia i zastygnięcia.


Masło kakaowe doskonale natłuszcza, odżywia i chroni skórę przed wysuszeniem oraz niekorzystnym wpływem czynników środowiskowych. Działa przeciwzapalnie i antyoksydacyjnie, łagodzi podrażnienia, uelastycznia i wygładza. Nie uczula i nie podrażnia. Może być stosowane bezpośrednio nawet na bardzo wrażliwą cerę. Masło Kakaowe należy do maseł twardych i choć rozpuszcza się powoli pod wpływem ciepła ludzkiego ciała, to zalecane jest podgrzanie przed użyciem, albo roztopienie i wymieszanie z dowolnym olejem, np. kokosowym.Masło Kakaowe z Manufaktury Kosmetycznej (INCI: Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter) jest w pełni naturalne, nierafinowane,i niekonserwowane, o silnym, bardzo przyjemnym zapachu najlepszego kakao. Dla wygody sprzedawane jest w pokruszonych kawałkach.



Olej kokosowy - znany jest ze swoich nawilżająco - odżywczych właściwości. Polecany jest szczególnie do pielęgnacji skóry suchej, przesuszonej przez intensywne opalanie oraz skóry atopowej. Olej Kokosowy z Manufaktury Kosmetycznej (INCI: Cocos Nucifera (Coconut) Oil) to olej kosmetyczny najwyższej jakości, w pełni naturalny, organiczny, tłoczony na zimno, nierafinowany, pozbawiony sztucznych barwników i konserwantów.  Ma wyraźny, bardzo przyjemny, kokosowy zapach.


Witamina E jest jednym z najskuteczniejszych antyoksydantów. Hamuje procesy starzenia się skóry, przeciwdziała skutkom promieniowania UV oraz palenia papierosów. Wzmacnia naturalne bariery ochronne skóry, redukuje utratę wody. Działa przeciwzapalnie, normalizuje czynność gruczołów łojowych, łagodzi zmiany ropne towarzyszące trądzikowi pospolitemu i łojotokowemu zapaleniu skóry. Ponadto pozytywnie wpływa na ukrwienie skóry, co przekłada się na lepsze jej dotlenienie, oraz poprawę przenikania substancji aktywnych. Poprawia się koloryt a także ogólna kondycja skóry.
Witamina E jako efektywny przeciwutleniacz może być także stosowana jako konserwant tłuszczów, albo fazy tłuszczowej kosmetyków gotowych. Dodatek witaminy E chroni oleje i masła przed tak zwanym jełczeniem, efektywnie wydłużając ich termin przydatności do użycia.Witamina E ma postać gęstej i lepkiej, ciemnobrązowej cieczy. Rozpuszcza się w tłuszczach (olejach, masłach, woskach), natomiast nie rozpuszcza się w wodzie. 
Witamina E z Manufaktury Kosmetycznej (INCI: Tocopherol) to naturalna (pozyskana z ziaren soi), kompletna kompozycja wszystkich typów tokoferoli (D-α, β, γ i δ) o stężeniu 80%.



Masło kakaowe oraz olej kokosowy rozpuszczamy w kąpieli wodnej do stanu ciekłego.


Pamiętajmy, że masło kakaowe potrzebuje troszkę więcej czasu...


 Po częściowym wystygnięciu dodajemy witaminę E...

 I zlewamy do uprzednio przygotowanego naczynka, zostawiając do całkowitego zastygnięcia.


Samodzielnie wykonane masło nie tylko genialnie pachnie (kakao plus kokos!!) ale także fantastycznie odżywia i nawilża. Powiem Wam, że po powrocie z Tajlandii moja skóra wyschła na wiór...ale nie tak w przenośni tylko naprawdę. Już pierwsza aplikacja masła zadziałała jak leczniczy kompres. Oczywiście należy zdawać sobie sprawę, że to olejowa, bogata i tłusta forma. W sam raz dla suchej i spragnionej skóry!
No KOCHAM! 
Serdecznie zachęcam Was do samodzielnego wykonywania kosmetyków. Sam proces jest świetną zabawą a taki spersonalizowany prezent - zrobiony z uczuciem na pewno ucieszy obdarowanego. 
Wszystkie produkty niezbędne do wykonania masła kakaowo - kokosowego (i nie tylko) znajdziecie tutaj: w Manufakturze Kosmetycznej - klik 

Jak Wam się podoba taki pomysł?
Jakie masła do ciała lubicie najbardziej?
Lubicie samodzielnie przygotowywać kosmetyki?


***

Jak już wspomniałam ten post powstał w ramach akcji "Wspaniały rok" Zajrzyjcie koniecznie do tych twórców internetowych, żeby przekonać się jak odbierają hasło lutego - MADE In LOVE



Copyright © 2014 77fantasmagorie77 , Blogger